Hej hej <3

Wróciłam wcześniej i mam dla was opowiadanie. Siostra oddała laptopa taak <3

Trochę krótka i  smutna następnym razem będzie lepiej . :>

Miłego czytania :>

~ Karola <3

Rozdział V „Na ratunek”

Aleksandra :

- Już dostałaś tego co chciałaś?- spytał oburzony Skipper

- Tak. Jestem w pełni zadowolona. Bo teraz pokaże Marlence przerobioną wersję , w której to wygląda tak jak to ty byś mnie całował.- powiedziałam

-Czego ty w ogóle chcesz od nas?

-Mówić prawdę?- westchnęłam

-No na to liczę.-stwierdził

-Szczerze to tej debilki nigdy nie lubiłam. Udawałam bo ja pracuje na zlecenie.-powiedziałam

-Jakie znowu zlecenie? –spytał wściekły

-Miałam was rozdzielić, żeby ją zabić, a ty miałeś wrócić do tej  no jak jej było?

- Hmm Kitki?

- O tak właśnie. Ale no niestety nie udało mi się.- spuściłam głowę

- No i raczej nie uda! Powiedz Kitce , że nic do niej nie czuję i niech da mi spokój.

- Dobra przekaże.-powiedziałam z obojętnością

-A tobie radzę wynieść się stąd.

No niestety musiałam wyjechać i dobrze o tym wiedziałam. Tak bardzo będę tęsknić za tym męskim głosem, olśniewającym uśmiechem a przede wszystkim za tym niskim czołem. To w nim uwielbiałam. Musiałam wyjechać tak daleko by Kitka nie znalazła mnie nigdy.

- Dobrze wyjadę, ale pod jednym warunkiem.

-Niby jakim? Mało masz powodów do wyjadu? –spytał z irytacją

- Pocałuj mnie! – powiedziałam mu prosto w twarz

-Że co?! Nie nigdy!

- To zostaje i nie obchodzi mnie to co ty mówisz!

-Ech no dobra. Ale dasz nam spokój?

-Tak, obiecuję.

Podszedł do mnie i pocałował mnie. Nareszcie! Jaka byłam szczęśliwa. Nie dało się tego opisać. Teraz mogłam już wyjechać.

- Teraz wyjedziesz?-spytał

- Teraz tak. Będę tęsknić .-powiedziałam

- Ja nie! Wynoś się stąd!

Skipper:

Tak jak powiedziałem tak zrobiła. Wyjechała zostawiła nas!  Poszedłem do laboratorium zobaczyć co z Marlenką. Leżała tam jak nieżywa , powoli zaczynałem mieć wątpliwości czy to antidotum na pewno działa. W pewnym momencie przestała oddychać. Musiałem ją ratować! Póki bije jej serce. Uznałem ,że Kowalski nic tu nie pomoże , więc pobiegłem z nią do lekarza. Zostawiłem ją pod drzwiami i zapukałem w drzwi. Lekarz wziął ją i zaczął mówić do pielęgniarki:

- Patrz! Ktoś nam ją podrzucił.

-Przecież ona nie żyje. To widać.

Spóźniłem się? Nie to nie może być prawda.

-Tak siostro. Ona umarła.

Z moich oczu poleciała mi łza . Męczyły mnie wyrzuty sumienia. Całowałem się z jej przyjaciółką wtedy kiedy ona umierała. Jaki ja jestem beznadziejny. Wracałem do bazy płacząc. Kiedy spotkałem Ogoniastego:

- Czemu płaczesz?

- Marlenka ona… ona umarła… – powiedziałem jąkając się

-Tak mi przykro stary. Ale może mam pomysł jak ją ożywić.

-Serio? Mów może uda się!

-Zadzwoń do Kowalskiego! Kiedy gadał ostatnio z mą prawą rękom chwalił się, że wynalazł maszynę do wskrzeszania zwierząt i ludzi.

- Naprawdę? – otworzyłem oczy ze zdziwienia

- Tak, ale chce coś w zamian za to, że ci pomogłem!

- No jasne… Niby co?

- Chce być księdzem na waszym ślubie- zaśmiał się

- Dobra stary masz to jak w banku!

-Sie wie! Leć bo nie zdążysz przed pogrzebem.

- O nie tylko nie to!

Pobiegłem szybko do laboratorium

- Nie będę marnował czasu na telefony do Kowalskiego. –powiedziałem sam do siebie

Zacząłem przeszukiwanie laboratorium  z pytaniem „Czy zdążę na czas?”